Samo się nie zrobi. A może jednak tak?
Wyjadam wszystko z lodówki. Teraz przyszła pora na lody, które już się rozpuszczają. Takie są najlepsze. Polewam je kawą i oprócz wygodnej konsystencji mają też super kawowy smak. Te waliniowe z tofi są trochę za słodkie, ale jakoś dam radę je wcisnąć.
Przypomina to depresje: siedzenie i jedzenie lodów. Dodam jeszcze, że słucham dziesiątki fragmentów audiobooków w temacie rozwoju osobistego. Zastanawia mnie, jak to jest, że w tych książkach nie ma aż tyle prawdy, ile widziałam w nich kiedyś. Niedawno słyszałam o dolinie rozpaczy jako elemencie cyklu realizacji planu. Przy planie rocznym strasznie się lenimy na początku roku, bo wydaje nam się, że mamy jeszcze dużo czasu na działanie. Mamy wtedy dużo entuzjazmu, mimo że nie zaczynamy działania. Dlatego ten entuzjazm jest trochę nieracjonalny, później zaczynamy działać i jak już się trochę znudzimy i nie widzimy efektów to popadamy w tzw. dolinę rozpaczy. Mamy wtedy ochotę rzucić to wszystko i często rezygnujemy. Dopiero, kiedy przetrwamy tę dolinę rozpaczy, przychodzi czas na racjonalny rozsądek. Kiedy widzimy pierwsze efekty wcześniejszych działań, zaczynamy widzieć ich sens i racjonalnie widzimy sens i czujemy motywacje do wykonywania kolejnych działań.
Kiedy mamy świadomość takiego cyklu, to możemy przeczekać np. dolinę rozpaczy. Jednak czasami rezygnujemy jeszcze przed zaczęciem robienia czegokolwiek z planu. Mówi się wtedy o połknięciu żaby. Żeby ją połknąć, czyli zrobić najtrudniejsze zadanie, jakie mamy do zrobienia, musimy uświadomić sobie konsekwencje niezrobienia tego zadania. Ja jestem świadoma konsekwencji, tylko że one nadejdą dopiero za pewien odległy czas, więc dzisiaj tych konsekwencji nie odczuję.
Może to wina tego całego rozwoju duchowego. Moda na ciśnięcie i działanie non stop na pełnym gazie już przemija i nadchodzi era odpuszczenia. Idąc za tą sugestią, ostatnio zaczęłam po prostu leżeć zamiast działać. I to jest w porządku, bo odpoczynek jest najważniejszy.
Dzisiaj usłyszałam, że po urlopie mamy ochotę wziąć się do pracy ze zdwojoną siłą. Czyżby? Ja biorę krótkie urlopy, bo po długim nie chciałoby mi się w ogóle wracać do pracy. Moim ostatnim genialnym pomysłem jest przejście na pół etatu. Muszę się do tego odpowiednio przygotować, czyli zapewnić sobie dodatkowe dochody na tyle duże, żebym mogła pozwolić sobie na taką zmianę. Pierwsze co zrobiłam, to nie zjedzenie żaby. Wybrałam rzecz najprostszą: biorę z pracy codziennie formę do zmiany wymiaru zatrudnienia i codziennie wypisuję prośbę o przeniesienie na pół etatu od 1 października 2025r. Jak myślisz, czy taka afirmacja sprawi, że wszechświat załatwi mi te dodatkowe przychody? Działaj wszechświecie! A ja poczuję się lepiej, czując, że już mam to załatwione!
Komentarze
Prześlij komentarz